Bank soczystych tekstów

Masz to jak w …

Miejscy rybacy

Co prawda, trzeba przyznać, że miejscowi rybacy posłu­gują się metodami takimi samymi jak ich ojcowie i dziady. Ludzie w Kazimierzu niechętnie sprzeniewierzają się tradycji A więc sznury opuszczone na dno z przynętą, więcierze. sieci odwieczne z przestarzałego materiału. No i łodzie, zawsze te same „pychówki”. Tak „rybowali” za króla Kazimierza i tak „rybują” dzisiaj.rybakNie warto sprzętu unowocześniać, inwestować znacznych sum, że to się nie opłaca. Że w mieście przyje­mniej żyć i łatwiej zarobić, że już pod Puławami, a więc tuż-tuż, powstaje wielka fabryka, która gościnnie przytuli wszystkich potrzebujących pracy i pieniędzy. I że te Azoty puławskie swymi ściekami znów zabiją miliony ryb, a szczególnie łososi, które idą w górę rzeki pod prąd, ale jednocześnie staną się dla wielu pewną przystanią, gdzie żyć można spokojnie i dostatnio.

Tak mówi do mnie jeden z tych już nielicznych poławia­czy sandacza i leszcza. Gawędzimy na podwórku, przed domem, siedząc na przewróconej do góry dnem łodzi, która w tym suchym doku oczekuje na remont. Mój rozmówca pali fajeczkę i naprawia sieci, które porozwieszane są wszędzie, na płotach, drzewach i ścianach domu — a ja się głowię, gdzie już poza Kazimierzem tego człowieka widzia­łem. Nagłe olśnienie. Ależ oczywiście — w albumach Wy­czółkowskiego.

Ciężko wyżyć z rybołówstwa. Toteż każdy z nich ma zawsze jakąś dodatkową pracę. Mieszkają przeważnie we własnych domkach, a wokół są ogródki warzywne i trochę sadu. Drzewa tu nad rzeką owocują wspaniale. Brzegi porosłe są wikliną, z której też można nieco grosza wycisnąć. I tak się jakoś żyje.

Odchodzą tylko młodzi. Starsi zostają wierni zawodowi, który dla nich jest nie tylko źródłem utrzymania, ale nawykiem i poniekąd namiętnością. Toteż gdy nastanie pora sandacza lub łososia, wszyscy są na rzece, zawzięci, pochłonięci emocją i hazardem, w pogoni za zdobyczą.

Dawniej byli jeszcze ludzie poszukujący skarbów w Wiśle. Dziś już ich nie ma. Skarbami tymi były drzewa porwane niegdyś przez rzekę i obijające się po jej dnie mnóstwo lat. Takie drzewo, zwane „czarnym dębem”, było bardzo cenne, specjalnie poszukiwali go meblarze. Wydobywanie tych pni nazywało się w gwarze miejscowej: „kręcić dęba”. Podobno Jeden szczęśliwy połów dębiny lepiej się opłacał niż wielo­dniowe rybowanie. Było to zajęcie malownicze: ludzie szukający po omacku ukrytych skarbów, zajęci wydobywaniem ich z dna rzeki, zawsze w obliczu niespodzianki, która może się z fali wyłonić.