Bank soczystych tekstów
Masz to jak w …
Pamiętamy
Pamiętamy to, pamiętamy. Tak było na pogrzebie Piotra Olbromskiego. Przecież nad tym znajomym pejzażem, namalowanym ręką księżniczki Elżbiety, Rafał w zadumie powtarzał: „Alejo moja, alejo”. U wylotów i w głębi tych alei ileż razy tęsknił doktor Judym i oczekiwał spełnienia swych marzeń podczas pobytu w Cisach.
Na pamiątkę nowo wybudowane kino nazwano — „Cisy”. Właściwie cisy, od których to wszystko początek wzięło, rosną w niewielkiej ilości w takim zakątku parku, że niesłychanie trudno do nich trafić. Może by się przydał jakiś kierunkowskaz.
Nałęczów żyje tymi tradycjami, ceni je i pieczołowicie pielęgnuje. I to się udziela. Każdy kuracjusz i turysta patrzy dokoła przez pryzmat „Ludzi bezdomnych” i „Popiołów” i wciąż odkrywa rzeczy nowe i niezwykłe. Urok wielkiego imienia pisarza promieniuje z jego skromnej chaty, trwa i zatacza coraz szersze kręgi. Nie stoi temu na przeszkodzie nawet postać Bolesława Prusa, leż niegdyś trwale zrośnięta z Nałęczowem, gdyż nie ma w jego twórczości tyle urzekającej poezji, związanej z krajobrazem nałęczowskim. Prus to piewca Warszawy — Nałęczowowi nie poświęcił żadnego ze swych większych utworów.
Postój w Nałęczowie, dość długi, kończy się, a z nim razem wszelkie dygresje i rozmyślania. Pomimo tych pokus i uroków nie wysiądę — ani w charakterze kuracjusza, ani turysty. Zresztą podobno „Źródło miłości” jest nieczynne, woda w nim uległa chwilowemu zanieczyszczeniu — a więc jak leczyć chore serce? Toteż gdy szofer zapuszcza motor, a konduktor zadaje sakramentalne pytanie: gotowe? — odpowiadam w myśli: „jedźmy, nikt nie woła” — wóz rusza. Jeszcze skroś drzew parku i budynków sanatoryjnych błękitne oko stawu — to tam, gdzie doktor Judym wykąpał przymusowo Krzywosąda — lecz już pozostawiamy w tyle ścianę drzew parkowych i zdążamy teraz prosto do celu.
Zmienia się krajobraz, staje się bardziej falisty, zadrzewiony, obfitujący w niespodziane i rozległe perspektywy, które wyłaniają się przy ostrych wirażach i nagłych zakrętach szosy. Szerokie obszary łąk puste są teraz i jednostajne, lecz w czerwcu szaleją w barwach i woni i mogą stanowić żywą ilustrację do ballad Leśmianowskich:
W swym bezpieczu szmaragdowym rozkwitała w bezmiar łąka. Strumień skrzył się na zieleni nieustannie zmienną łatą, a goździki pośród trawy wykrapiały się wiśniato.
Ten strumień, poczynając od Nałęczowa (pierwszy mostek), towarzyszy nam prawie do samego kresu podróży. Wije się, kręci, zagradza drogę, wyłania się niespodzianie zza pagórków i lasów, aż wreszcie płynie tuż-tuż przy stromym poboczu szosy poprzez uformowany przez siebie przełom pomiędzy gęsto zadrzewionymi wzgórzami, pieniąc się i bulgocąc, tworząc progi i miniaturowe kaskady, jak prawdziwy strumień górski — by w końcu rozlać się szerzej i utonąć w Wiśle.