Bank soczystych tekstów

Masz to jak w …

Pobyt na wyspach Galapagos

Wkrótce mogłem już rozróżnić cypel Lido i mały port, Puerto Chico, wyłonił się przede mną, ukazując olśniewającej białości plażę koralową, kilka szałasów, latarnię morską i małe molo drewniane. Zanim mogłem zarzucić kotwicę, miałem jeszcze wykazać całą moją cierpliwość i przemyślność żeglarską. Wiedziałem z map, że do portu prowadzi wąski i kręty kanał, szerokości około 150 metrów, niczym jednak nie oznaczony na powierzchni morza. Po mojej prawej burcie fale rozbijały się na rafie „Schiavoni” z hukiem, podobnym do grzmotu, a z wody wynurzały się maszty zatopionego parowca australijskiego „Carawa”, który rozbił się tu cztery lata temu.

Po lewej burcie cypel Lido znikał pod pianą. Zapuściłem się w przejście i zacząłem lawirować przeciwko silnemu wiatrowi i prądowi odpływu. Musiałem poczynać z wielką ostrożnością, ponieważ zdradzieckie rafy koralowe czatowały na mnie pod wodą. Niełatwą jest rzeczą lawirować samemu, mając trzy żagle przed masztem i cztery szkoły do manewrowania. W tym wąskim kanale mogłem iść zaledwie 30 sekund pomiędzy dwoma zwrotami, a musiałem jeszcze w ciągu tej pół minuty posługiwać się kompasem. aby upewnić się co do pozycji statku. Trzeba też było często biec naprzód jachtu i patrzeć przed siebie. Odmienne zabarwienie wody uprzedzało mnie kilkakrotnie o bliskości rafy i ocalenie zawdzięczałem jedynie szybkiemu manewrowaniu sterem. Mając przeciwko sobie i wiatr i prąd odpływu, tylko z wielką trudnością mogłem posuwać się naprzód. Po trzydziestu kilku halsach, nie chybiwszy ani jednego zwrotu, co, przy przeciwnym prądzie, mogło być dla mnie fatalne, wszedłem do wnętrza portu. Upewniwszy się za pomocą sondy co do głębokości i rodzaju dna, mogłem nareszcie, w sobotę, 18 lipca, o godzinie 16ej, zarzucić kotwicę w odległości 200 m na północ od mola, na głębokości około 10 metrów i piaszczystym dnie. Podczas, gdy zwijałem żagle, mogłem stwierdzić, że „latarnia morska” była zwykłą latarnią, osadzoną na długiej żerdzi, zatkniętej obok dwóch krytych strzechą, szałasów.

pobyt na wyspach galapagosTrochę dalej, przy jedynym domku drewnianym, po ruszało się troje ludzi i wkrótce na wierzchołku masztu ukazała się flaga zaprzyjaźnionej Rzeczpospolitej Equador. Oddałem salutowanie i zająłem się porządkowaniem żagli, gdy zauważyłem na końcu mola trzy osoby, dające mi znaki rękoma. Domyślając się, iż pożądana jest moja obecność na lądzie, wziąłem się do rozłożenia i spuszczenia na wodę mojego Berthona. Po wylądowaniu zostałem zarzucony pytaniami w języku hiszpańskim, który trochę rozumiem, ale którym nie władam. Zrozumiałem, że jeden z obecnych jest kapitanem portu i gubernatorem archipelagu okazałem mu więc moje dokumenty. Gdy tylko dowiedział się, że jestem Francuzem, zaprzestał wszelkich dochodzeń i zaprosił mnie na obiad. W tym momencie zbliżył się mały staruszek i w złej angielszczyźnie zapytał, czy jestem sam na statku. Na moją odpowiedź, potrząsł z niedowierzaniem głową i powiedział: „Było was dwóch, ale tamtego utopiłeś”. Oznajmił mi, że przeszło 50 lat temu przybył na wyspę, pracował po trochu we wszystkich zawodach, był majtkiem, cieślą, handlarzem, potem kapitanem szkunera, obecnie zaś zajmował się dozorem latarni. Był żonaty z obywatelką Equador’u, zapomniał mówić po angielsku, nie nauczył się jednak po hiszpańsku. Orzekł, że jacht mój wygląda na statek pochodzenia angielskiej. Gdy mu to potwierdziłem, powtórzył moją odpowiedź po hiszpańsku z wielką dumą obecnym, co zresztą nie zrobiło na nich żadnego wrażenia. Pochodził z Londynu, gdzie urodził się w r. 1848; interesował się, czy znam Tower Hil i wydawał się być zachwycony, kiedy mu powiedziałem, iż nieraz przebywałem w jego rodzinnym mieście. Udaliśmy się następnie do domu gubernatora, gdzie przy świetle latarni i w otoczeniu nadzwyczaj krwiożerczych moskitów, pochłonąłem kilka befsztyków i sporo pieczonych bananów. Stary Anglik służył mi za tłumacza. Zmuszony byłem odpowiadać na liczne zapytania, co do mojej podróży. Powiedziano mi, że gdybym zechciał udać się do pueblo odległego o pięć mil, właściciel wyspy, el senor don Manuel Cobos, z radością przyśle mi konia i będzie szczęśliwy gościć mnie w swej hacienda de Progreso.